
Właśnie sanitariuszką w zgrupowaniu AK mjr. Łupaszki na Wileńszczyźnie była bohaterka tej notki, Danuta Siedzikówna, ps. "Inka". Choć straciła życie bardzo młodo, bo mając raptem 18 lat, wykazała się w nim ogromną odwagą i - tak, to zdecydowanie dobre słowo - męstwem. Losy tej dziewczyny są niezwykłe i zrobiły na mnie spore wrażenie - zapraszam do lektury.
Na jej decyzje wpływ miały losy, jakie spotkały jej rodziców. Zacznijmy więc od nich. "Inka" przyszła na świat 3 września 1928 r. w Guszczewinie, małej wiosce na skraju Puszczy Białowieskiej. W domu obecne były tradycje patriotyczne. Jej ojciec, Wacław Siedzik, jako 19-letni student politechniki w Petersburgu zaangażował się w działalność niepodległościową, za co spotkało go kilkuletnie zesłanie. Do Polski udało mu się powrócić dopiero w 1926 r., osiedlił się na Podlasiu i tam założył rodzinę. Co ciekawe, babcia Danuty była spowinowacona z rodziną Orzeszków i dobrze znała samą Elizę Orzeszkową.
Nasza przyszła sanitariuszka miała zaledwie jedenaście lat, gdy wybuchła wojna. Na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow rodzinne tereny Danki znalazły się pod okupacją sowiecką. Rozpoczęły się prześladowania środowisk patriotycznych. Ojca spotkało kolejne zesłanie wgłąb Rosji, z którego już nie wrócił, umierając z wycieńczenia w Teheranie, gdzie trafił razem z armią Andersa. Matka natomiast trafiła w ręce gestapowców, gdy do Podlasia przyszli Niemcy. W więzieniu była okrutnie traktowana, wybijano jej zęby. Nie wydała jednak prześladowcom nikogo. Danka widziała później pobitą mamę. We wrześniu 1943 r. została ona rozstrzelana.
Po utracie rodziców, Danka postanowiła wraz ze swoją siostrą, że wstąpią do Armii Krajowej. I mając zaledwie 15 lat nasza bohaterka złożyła przysięgę, a następnie uczestniczyła w kursie na sanitariuszkę. Pracowała w nadleśnictwie w rodzinnej miejscowości, jednocześnie działając w konspiracji. W maju 1945 r. została aresztowana przez UB, jednak konwój z zatrzymanymi, jadący leśną drogą, został zaatakowany przez oddział AK. Korzystając z zamieszania, Dance udało się uciec.Na jej decyzje wpływ miały losy, jakie spotkały jej rodziców. Zacznijmy więc od nich. "Inka" przyszła na świat 3 września 1928 r. w Guszczewinie, małej wiosce na skraju Puszczy Białowieskiej. W domu obecne były tradycje patriotyczne. Jej ojciec, Wacław Siedzik, jako 19-letni student politechniki w Petersburgu zaangażował się w działalność niepodległościową, za co spotkało go kilkuletnie zesłanie. Do Polski udało mu się powrócić dopiero w 1926 r., osiedlił się na Podlasiu i tam założył rodzinę. Co ciekawe, babcia Danuty była spowinowacona z rodziną Orzeszków i dobrze znała samą Elizę Orzeszkową.
Nasza przyszła sanitariuszka miała zaledwie jedenaście lat, gdy wybuchła wojna. Na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow rodzinne tereny Danki znalazły się pod okupacją sowiecką. Rozpoczęły się prześladowania środowisk patriotycznych. Ojca spotkało kolejne zesłanie wgłąb Rosji, z którego już nie wrócił, umierając z wycieńczenia w Teheranie, gdzie trafił razem z armią Andersa. Matka natomiast trafiła w ręce gestapowców, gdy do Podlasia przyszli Niemcy. W więzieniu była okrutnie traktowana, wybijano jej zęby. Nie wydała jednak prześladowcom nikogo. Danka widziała później pobitą mamę. We wrześniu 1943 r. została ona rozstrzelana.
I tak znalazła się w V Wileńskiej Brygadzie AK, której dowódcą był mjr Zygmunt Szendzielarz, ps. "Łupaszko". Wtedy też obrała pseudonim "Inka", tak nazywali nauczyciele w szkole jej dobrą koleżankę. Pewnego dnia aresztowana zostaje jej siostra Wiesia. Jasne staje się, że UB zamierza zająć się też samą "Inką".

Nadzieją dla żołnierzy pozostawała zapowiedź referendum i demokratycznych wyborów, które - jak sobie wyobrażali - odbędą się pod kontrolą aliantów. Wobec tego należało wciąż nękać sowiecki reżim, rozbrajać posterunki MO i placówki UB oraz likwidować agentów bezpieki. "Inka" była zawsze na miejscu akcji i opatrywała rannych kolegów, czasami po raz ostatni. Mimo młodego wieku szybko zyskała uznanie wśród żołnierzy, jeden z jej ówczesnych przełożonych tak ją wspominał:
Była bardzo lubiana za

Ważne zadanie otrzymała w lipcu. Została wysłana do Gdańska po lekarstwa i środki medyczne. Niestety, wśród łączniczek znalazła się osoba, która podjęła współpracę z UB i wydała bezpiece miejsca, w których mogli oni złapać i aresztować naszą bohaterkę. Ostatniej nocy na wolności - z 19 na 20 lipca 1946 roku, Danka zatrzymała się u swoich koleżanek, sióstr Mikołajewskich. Aż do trzeciej nad ranem dziewczyny rozmawiały i śpiewały partyzanckie piosenki, a trzeba powiedzieć, że "Inka" umiała ładnie śpiewać i robiła to z radością - jej pogoda ducha pomimo nieustannego zagrożenia zasługuje na uznanie. Gdy położyła się spać, nie minęła godzina, a do mieszkania wtargnęli funkcjonariusze UB, którzy ją aresztowali. Tak zaczęła się najtrudniejsza część jej krótkiego życia.
Dziś zachowały się tylko relacje pośrednie z tego, jak przebiegało jej śledztwo. Według nich, była w więzieniu poniżana i bita, rozbierano ją do naga, a do jej celi wpuszczano żony ubeków, którzy stracili życie w walkach z "leśnymi bandytami z AK". Pomimo piekła, jakie tam przeszła, nie wydała nikogo, podając wrogowi jedynie pseudonimy ludzi ze swojego oddziału, które bezpieka i tak znała. W pokazowym, szybkim procesie postawiono jej kłamliwe zarzuty i skazano na śmierć. Jeden ze świadków - pracownik UB - powiedział, że widział, jak wydała rozkaz rozstrzelania dwóch wziętych do niewoli funkcjonariuszy bezpieki, choć z relacji osób biorących udział w tamtym wydarzeniu jasno wynika, że to absurdalny zarzut. To idiotyzm. Tak może twierdzić tylko ktoś, kto w ogóle nie ma pojęcia o wojsku. Nas obowiązywała żelazna dyscyplina. Sanitariuszka, do tego 17-letnia, nie wydawała żadnych rozkazów - opowiadał jeden z żołnierzy jej oddziału. Co ciekawe, jeden ze świadków nie złożył zeznań obciążających "Inkę". Był to milicjant Mieczysław Mazur, który w jednej z akcji prowadzonych przez oddział "Inki" został ranny. Przyznał, że gdy akowcy pospiesznie się wycofywali, sanitariuszka, widząc, że jest ranny, zostawiła mu opatrunki.
Na krótko przed śmiercią Danka napisała do swoich koleżanek: powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba.
Obrońca "Inki" wniósł do prezydenta prośbę o ułaskawienie, choć ona sama nie chciała go i nie podpisała się pod pismem - prawdopodobnie dlatego, że adwokat w tekście pisał o jej kolegach jako o "bandzie". Bierut z prawa łaski nie skorzystał.
Ostatnie chwile jej życia zrelacjonował ks. Marian Prusak, który wyspowiadał ją przed egzekucją. Cały wywiad z nim można przeczytać tutaj. Na moment przed rozstrzelaniem "Inka" zdążyła jeszcze krzyknąć "niech żyje wolna Polska!", potem padła na ziemię, ale nadal jeszcze żyła, dodając ostatnie słowa "niech żyje Łupaszko", po czym oficer UB dobił ją strzałem w głowę.
Miejsce jej pochówku jest nieznane.
Niezłomność tej zaledwie 18-letniej dziewczyny budzi mój ogromny szacunek. Ktoś taki po prostu musi stanowić wzór dla współczesnej młodzieży.
Cześć Jej pamięci.
BK
7 komentarze:
szacunek! wczoraj przejeżdżałam obok ronda Żołnierzy Wyklętych... do tej pory niewiele mi to mówiło - teraz będę w tym miejscu myśleć o Ince! dzięki!
Dobra kajdi, od września ruszam, tylko niech poprawię ten egzamin. Dobra robota.
Następny świetny artykuł... :)
Cześć Jej pamięci !!!!
Piękne, że dziś jednak mamy na kogo patrzeć i z kogo być dumni... Cześć Jej pamięci!
jakże inaczej przedstawia się sytuacjaw rodzinnej Narewce Inki, pamięć jest kultywowana przez niewielu.Dobrze,że chociaż ma pomnik pod kościołem, bo ulicy w Narewce już nie.Ma ją za to Aleksander Wołkowyski- Białorusin, który wydał matkę Inki gestapo- zresztą donosił również do NKWD, aż wreszcie V Wileńska Brygada AK mjr. Łupaszki dała mu w czapę.Smutne to bo w Narerwce stoi dom w którym mieszkała w czasie okupacji, w pobliskiej Guszczewinie jest leśniczówka gdzie się urodziła...A dzisiaj w Narewce więcej Białórusinów niż Polaków...
Na Podlasiu nadal się mówi o Ince i Łupaszko. Prawdziwi bohaterowie.
Prześlij komentarz